Muszę przyznać że "Księżniczka Popiołów" nigdy nie była książką, którą musiałam przeczytać na już. Ciągle ją odkładałam mówiąc sobie "może następnym razem...". Ostatnio jednak w końcu się przemogłam i już mam swoje wnioski.
"Theodosia miała sześć lat, kiedy jej kraj został zaatakowany, a jej matkę, Królową Ognia, zamordowano na jej oczach. Tego dnia Kaiser odebrał jej rodzinę, kraj i imię. Theo została koronowana na Księżniczkę Popiołów, otrzymując hańbiący tytuł, miała się wstydzić w nowym życiu spędzonym jako więzień.
Przez dekadę była niewolnicą we własnym pałacu. Znosiła niezliczone akty przemocy i kpiny ze strony Kaisera i jego dworu. Była bezsilna, a przeżyć w nowym świecie udało jej się tylko dzięki zakopaniu głęboko w swoim wnętrzu dziewczyny, którą była wcześniej.
Pewnej nocy Kaiser zmusza ją do zrobienia czegoś niewyobrażalnego. Z krwią na rękach i nadzieją na odzyskanie utraconego tronu, Theo zdaje sobie sprawę, że przetrwanie już jej nie wystarczy. Posiada przy tym broń – umysł ostrzejszy niż jakikolwiek miecz. Przez dziesięć lat Księżniczka Popiołów patrzyła, jak plądrowano jej kraj i niewolono naród. Teraz to wszystko ma się jednak skończyć…"
Szczerze mówiąc na początku przeczytałam dwa rozdziały i utknęłam. Nie podeszły mi one jakoś szczególnie i naprawdę zastanawiałam się, czy nie rzucić tego i wyjechać w Bieszczady. Po kilku dniach usiadłam z postanowieniem, że dam radę i skończę "Księżniczkę Popiołów", choćbym miała się zanudzić na śmierć i cieszę się, że to zrobiłam, ponieważ po tych dwóch nudnych, jak flaki z olejem rozdziałach, akcja się rozwinęła i zaczęło się dziać...
Fabuła tak mnie wciągnęła, że po dwóch dniach byłam na ostatniej stronie. Kreacja świata jak najbardziej przypadła mi do gustu. Wiem, że ciężko jest stworzyć świat od podstaw, tzn.: ziemie, wyspy, ludzi, religie, historię i wiele innych, nawet drobnych szczegółów, które sprawiają, że książka wydaje nam się tak bardzo realna w swojej fantastyczności. Erin Watt udało się to zrobić, z czego jestem niezmiernie szczęśliwa.
"Nie wszystkie bitwy wygrywa się dzięki sile…"
Przejdźmy teraz do fabuły książki. Jak już wcześniej wspomniałam, w początkowych rozdziałach akcja nie porywa nam głowy. Dopiero później zaczyna się coś dziać. A jak już się zaczyna, to nie ma do czego się przyczepić. Jestem pod wrażeniem, że tak zachwycam się nad "Księżniczką Popiołów", bo zasiadając do czytania, miałam zupełnie inne odczucia niż pisząc recenzję.
Ale żeby nie było za bardzo cukierkowo to pomówmy o głównej bohaterce. Nie będę narzekać na sposób jej wykreowania, bo to zostało zrobione na szóstkę z plusem. Skrytykuję jej zachowanie pod tytułem "Nie ruszę kamienia ognia, bo mamusia mi zakazała...". Za trzecim razem, kiedy było o tym wspominane w książce, miałam ochotę pójść tam do tego pałacu i trzasnąć Theo w twarz tym kamieniem. Rozumiem jednak, że książka powinna wywoływać emocje, co akurat się udało w moim przypadku.
Ostatni zarzut jaki mogę mieć, co nie wpływa za bardzo na ocenę ogólną, to epilog. Jak dla mnie był za bardzo bezosobowy. Taka krótka notatka, bo przecież jakoś książkę trzeba zakończyć, prawda? Jednak to nie wpływa ani na fabułę, ani na moją opinię.
Zaraz po skończeniu książki, nie wiedziałam, czy chcę przeczytać kolejną część "Księżniczki Popiołu". Jednak po jakimś czasie muszę przyznać, że jestem ciekawa co dalej się wydarzy, więc możecie się spodziewać recenzji na blogu.
Jak zawsze dajcie znać co sądzicie o książce. Zaciekawiła was? Czytaliście ją już, a może dopiero zamierzacie? Chętnie poczytam wasze komentarze.


