"Berło ziemi", czyli zbliżająca się premiera od Wydawnictwa Uroboros zaskoczyła mnie w kilku kwestiach. Jakich?
Opis wydawcy:
"Shalia jest dumną córką pustyni. Po latach niszczycielskiej wojny z sąsiednim królestwem jej lud desperacko pragnie końca konfliktu, który pochłonął życie tak wielu osób. Pragnąc wymienić wolność na bezpieczeństwo, Shalia zostaje królową Krain Kości kraju, w którym magia jest zakazana, a Żywioły – ludzie kontrolujący ziemię, powietrze, ogień i wodę – są traktowani jak zdrajcy.
Wkrótce dowiaduje się, że jedynym pragnieniem jej męża, Calixa, jest zniszczenie Żywiołów.
Jeszcze przed swoją koronacją Shalia odkrywa, że ma moc nad ziemią. Uwięziona między irracjonalną nienawiścią męża do Żywiołów a niebezpiecznym buntem prowadzonym przez własnego brata, Shalia musi wykorzystać swoją moc i dokonać niemożliwego wyboru: ocalić swoją rodzinę, ocalić Żywioły lub ocalić siebie."
Jak możemy przeczytać wyżej główną bohaterką jest Shalia, która dla dobra swojej rodziny i swoich ludzi zgadza się na aranżowane małżeństwo z królem Krain Kości. Jednak utrzymanie pokoju nie jest takie proste, kiedy jednym z buntowników, którzy atakują Koronę jest własny brat.
Sprawy komplikują się, kiedy Shalia odkrywa u siebie moc, którą jej nowy mąż gardzi i chce zniszczyć...
Co w pierwszej kolejności chcę zaznaczyć? Nie mamy tutaj typowego trójkąta miłosnego! Znaczy jest, ale tak jakby nie jest... Czy to ma sens?
Dużym plusem w całej tej historii jest zobrazowanie postaci głównej bohaterki. Na początku muszę przyznać, że mnie irytowała jej naiwność i niezdecydowanie, ale na szczęście z każdym kolejnym rozdziałem Shalia stawała się coraz bardziej zdecydowaną kobietą.
Kolejny plus to sposób, w jaki ukazana została toksyczna relacja. Nie napiszę kogo z kim (bo ekhem... ekhem... spoilery), ale to naprawdę nie zostało przesadzone. Widać było niepewność jednej strony związku, czepianie się nadziei na poprawę. Z drugiej strony mogliśmy zobaczyć, jak ta druga osoba usprawiedliwiała swoje działania, maskowała prawdziwą stronę, a następnie ciąg wydarzeń się powtarzał.
Co do samego wątku miłosnego, to nie mam do nich żadnych pozytywnych ani negatywnych uczuć. Jest, ale gdyby go nie było, to nie zrobiłoby mi to żadnej różnicy.
Końcówka mnie dosłownie rozwaliła. Czytałam i nie wierzyłam w to co widzę.
Sam język jest przyjemny. 450 stron przeczytałam w trzy dni, co jest dobrym wynikiem i pokazuje jak bardzo wciągnęła mnie ta historia.
Gdyby nie ten nieszczęsny wątek miłosny, to "Berło ziemi" otrzymałoby 5/5 gwiazdek i trafiłoby do Polecajek Book Jeden Wie.
Mimo wszystko książka dostaje 4,5/5 gwiazdek!






