facebook twitter instagram goodreads
  • Strona Główna
  • Kategorie
    • Literatura kobieca
    • Literatura piękna
    • Literatura młodzieżowa
    • Fantastyka
    • Thriller
    • Inne
  • Kontakt
  • Instagram
  • ByćBeauty

Book Jeden Wie || Blog poświęcony recenzjom literackim


Która z nas nie lubi pięknych paznokci? Czasami jednak po jakimś czasie zwyczajnie nudzi nas ten sam kolor na naszych palcach. NeoNail ma jednak na to sposób!



Thermo color, czyli lakiery termiczne NeoNail to dwa kolory w jednym. Mój nosi dumną nazwę Caiprinha Berry. Z jednej strony lekki, zupełnie nierzucający się w oczy mleczny róż. Z drugiej jednak soczysty i mocno napigmentowany kolor. 

Odcień lakieru zmienia się w zależności od temperatury otoczenia. Im zimniejsze powietrze, tym (w moim przypadku) ciemniejszy kolor.



Według mnie kolor najlepiej prezentuje się w temperaturze pokojowej. Ciepło ciała sprawia, że kolor przy skórkach to piękny i mleczny odcień, natomiast chłodniejsze powietrze zmienia końcówki paznokci na ciemniejsze. W rezultacie tworzy się piękne ombre na paznokciu. 



A wy co o tym myślicie? Macie już jakieś kolory Thermo w swojej kolekcji?


W pierwszy dzień po użyciu Garnier Czysta Skóra zaobserwowałam ledwie widoczne zmniejszenie się niedoskonałości. Zniknęły także suche skórki wokół nosa. Podkład na twarzy prezentował się lepiej.
W drugim dniu jak i trzecim nie zauważyłam widocznych zmian mojej cery.
Czwarty dzień to zdecydowane zmniejszenie się niedoskonałości. Stały się one bardzo mało widoczne, nie wiem jednak czy to zasługa samego produktu.
W ciągu trzech ostatnich dni moja skóra pozostawała bez zmian, nie pojawiły się żadne nowe niedoskonałości co jest nie lada wyczynem w moim przypadku.

Produkt nie zapchał mojej skóry, co jest plusem zważywszy na to, że moja cera bardzo nie lubi kiedy testuję nową pielęgnacje.
Co do aplikacji jest okej, ale minusem jest ciężkie zmywanie produktu z twarzy. Niestety ja jestem leniuszkiem i jeśli tylko muszę się namachać ręką, to już jest to dla mnie problem.
Produkt 3w1 jednak spełnia swoje zadanie i mogę wam go jak najbardziej polecić, a ja lecę po pełnowymiarowe opakowanie!


Ostatnio wpadłam w tzw. "szał zakupowy". Zamawiałam kosmetyki z różnych stron i teraz chcę wam porównać przebieg tych transakcji, ceny oraz asortyment sklepów. W najbliższym czasie mam zamiar zrobić zakupy jeszcze na Ezebra oraz Sephora, a wtedy opublikuję dodatkowy, wpis kontynuujący ten.





Asortyment


Największym asortymentem moim zdaniem może poszczycić się Minti. Nawet nie biorąc pod uwagę ilości produktów, a marki, Minti Shop posiada trudne dostępne i atrakcyjne marki takie jak chociażby Jeffree Star, czy ostatnio wprowadzony do sprzedaży Morphe.
Kosmetyki z Ameryki to sklep, w którym szukam mojego ukochanego podkładu Colorstay z Revlon, który jest tańszy niż w Minti. Przy okazji lubię się wtedy zaopatrzyć w jakieś kosmetyki drogeryjne, które na Kosmetykach... można znaleźć w atrakcyjnych cenach (np.: Bourjois czy Max Factor).
Kontigo wydaje się przegrywać w tej kategorii. Ale, ale, ale... Gdzie indziej kupicie kosmetyki takich marek jak Moov czy Mystik Warsaw? Świetny sklep z polskimi markami, polecam zaopatrzyć się tam w podkład Pierre Rene Skin Balance. W Kontigo lubię też kupować produkty do paznokci, w moim przypadku jest to NeoNail.





Ceny


Oczywiście w tej kategorii nie możemy jednogłośnie określić zwycięzcy. W Minti dużo jest wysokopółkowych marek, przy czym na Kosmetyki z Ameryki znajdziemy dużo produktów drogeryjnych. Spójrzmy jednak na różnicę cen na stronie i stacjonarnie.
Przykładowo, popularny podkład Estee Lauder Double wear na oficjalnej stronie marki kosztuje 182 zł, gdzie na Minti cena ta to zaledwie 142 zł. Widzimy tu 40 złotych różnicy.
Podobnie jest na Kosmetyki z Ameryki. Weźmy pod ostrzał paletkę cieni Maybelline The Blushed Nudes, która na stronie Rossmann'a kosztuje 62,99, a na Kosmetykach... cena ta wynosi 39,99. I tutaj mamy bardzo dużą różnicę cenową, bo ponad 20 złotych.
W Kontigo trudno określić ceny. Jednak Mystik Warsaw czy Moov to nie drogie marki, więc nie ma zazwyczaj problemów z wysokimi cenami.





Szybkość realizacji zamówienia



Minti shop moje zamówienie wysłał już po 3 dniach. Byłam zaskoczona, że tak duży sklep z (zapewne) taką ilością zamówień poradził sobie tak szybko.
Kosmetyki z Ameryki w tej sytuacji wygrywa. Za każdym razem, gdy zamawiam na ich stronie wysyłka następuje po max. dwóch dniach! Dlatego lubię tam zamawiać, bo wiem, że nie będzie żadnych problemów.
Sklep Kontigo ostatnio mnie rozczarował... Mimo, że wcześniejsze zamówienie zostało wysłane po około trzech dniach to uwaga, uwaga... ostatnie wysłano po trzech tygodniach! Było to po tych słynnych promocjach -70%, ale smutne jest to, że nie dostałam żadnej wiadomości, że realizacja zamówienia została opóźniona.



Zabezpieczenie przesyłki



Minti shop według mnie ma zbyt mało zabezpieczeń produktów niż w pozostałych sklepach. Moje zamówienie miało tylko jedną warstwę folii bąbelkowej, co poważnie mnie zaniepokoiło.
Kosmetyki z Ameryki już tradycyjnie: każdy przedmiot porządnie zapakowany i owinięty w masę folii ochronnej. Za każdym razem czuję się jak w gwiazdkę, gdy otwieram kolejne produkty.
Kontigo pozytywnie mnie zaskoczyło. Przesyłka była bardzo dobrze zabezpieczona folią i setkami małych, styropianowych kawałków. Otwieranie tej paczki sprawiło mi mnóstwo radości.





Dodatki 


Po otwarciu przesyłki z Minti znalazłam małą, słodką krówkę. Taka mała rzecz, a jednak cieszy...
Kosmetyki z Ameryki wysyła jedną wybraną rzecz po spełnieniu określonych kryteriów. Ja cieszę się świetnymi cieniami Bourjois!
Kontigo robi nam niespodziankę. Za pierwszym razem otrzymałam błyszczyk. Widziałam zdjęcia na internecie, że dziewczyny też dostały go w prezencie. Stwierdziłam: "Szkoda, że tylko to dają...". Przy drugim zamówieniu spotkała mnie niespodzianka. Dostałam śliczny bronzer do opalania twarzy! Tutaj duży plus dla sklepu.






A według was, który sklep wygrywa?









Jakiś czas temu w Kontigo pojawiły się nowe płynne matowe pomadki marki Moov. Byłam bardzo ciekawa tych produktów, dlatego skusiłam się na dwa kolorki Muse i Goddess.
Żałuję jednak, że nie skusiłam się na kolor Knockout, który podobno jest idealnym połączeniem brązu, czerwieni i fioletu. Niestety, człowiek bywa mądry po czasie...


Przejdźmy jednak do recenzji. 
Pomadki dostępne są w sklepie Kontigo i ich cena regularna to 18,99 za sztukę. Dostępna jest w ośmiu wariantach od szarawych nudziaków do krwistych czerwieni.
W pierwszej kolejności urzekł mnie miły dla nosa zapach pomadki. Słodki, nie chemiczny. Aplikator to nie typowy - błyszczykowy, ale w kształcie delikatnej łezki. Łatwo można nim obrysować usta. 
Konsystencja jest dość gęsta i kremowa. Co do komfortu noszenia porównałabym je do pomadek płynnych z Golden Rose. 


Pomadka o kolorze Muse to szarawy brąz. Nie każdemu typowi urody będzie pasował, ja jednak się w nim zakochałam. Próbowałam go porównać z pomadką nr 10 z Golden Rose, ale jak widać Muse ma dużo więcej brązowych tonów.

Z kolei pomadka Goddess to ciepły odcień brązu, lekko ciemny. Kojarzy mi się z mleczną czekoladą.  Powinien pasować większości typom urody.

Pomaka Muse, Moov

Chcąc zmyć z ręki swatche największy opór napotkałam przy pomadce z Golden Rose. Pomadki z Moov zeszły bez problemów, a ich trwałość to około 5-6 godzin.


A wy słyszałyście już o tych pomadkach?




Nie jedna z nas to przeżywała. Wchodzimy do drogerii z jasnym celem. Jeden, maksymalnie dwa potrzebne nam produkty. Po przekroczeniu progu budynku wstępuje w nas "zły duszek". Wrzucamy do koszyka wszystko co wpadnie nam w oko, a rachunek na 20 złotych, magicznie staje się rachunkiem na 200 złotych. Co więc zrobić, aby zapobiegać takim sytuacjom? Zapraszam do dalszej części wpisu.




1. Spisz listę zakupową.

Banał, a jednak w większości przypadków pomaga. Najpotrzebniejsze rzeczy wpisz na górze. Będziesz wtedy wiedzieć co kupić i nie wrócisz do domu obładowana stertą niepotrzebnych zakupów.


2. Weź tyle pieniędzy, ile potrzebujesz na zakupy.

Jeśli twoim problemem jest nadmierne kupowanie nowości, rzeczy przecenionych, czy po prostu często wpada ci coś w oko, to oszacuj ile mogą cię kosztować zakupy. Nigdy nie bierz pieniędzy na styk! Lepiej wziąć te 20 złotych więcej, by w sklepie nie doszło do niezręcznej sytuacji z brakiem gotówki.


3. Płać gotówką.

Dziwne? Nie. Gdy mam pieniądze w portfelu to jakoś szkoda mi ich wydawać na niepotrzebne produkty. Ja często nie zabieram ze sobą karty płatniczej, bo przecież czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal... prawda? Przepływ gotówki łatwiej kontrolować.


4. Nie musisz, nie wchodź.

Często kusi, żeby wejść do Rossmann'a lub Sephory. Nie mamy nic zaplanowane, a tylko popatrzę na nowości i promocje. Tej zasady nie zawsze się wystrzegam. Pokusa jest czasem zbyt silna...



A wy macie problem z nadmiernym kupowaniem rzeczy? Kosmetyków? Ubrań?



Wreszcie przyszedł czas na ulubieńców, czyli produkty, które w tym miesiącu zawładnęły moim sercem.

Na pierwszy ogień idzie pomada do brwi firmy Avon. Moje początki z pomadą zaczęły się niedawno z firmą Essence i muszę przyznać, że po tej 'eskapadzie' zniechęciłam się do pomad. Jednak ten produkt Mark Skradł moje serduszko.


Pomada jest kremowa i gładko się rozprowadza. Kolor idealny dla moich brwi, jednak nadal się przekonuję do tak mocnego ich malowania i przeważnie używam jej na wieczorne wyjścia.


Pomadek z Golden Rose chyba nie muszę nikomu przedstawiać. O ile nie przekonałam się do ich tradycyjnej formy to w tych płynnych się zakochałam! Moimi ulubieńcami są te o numerach 10 i 04.


Numer 04 to przepiękne połączenie koralu z maliną. Dosłownie zakochałam się w tym kolorku. Moim drugim "najulubieńszym" jest nr 10, który stał się sławny chyba za sprawą Ewy RLM. Piękny szaro-fioletowy nudziak. Nie każdemu jednak będzie pasował.


Bronzer z Bourjois pewnie już kojarzycie z ostatniego konkursu na blogu. Piękny, lekko ciepły odcień nr 52 podbił moje serce. Delikatny, idealny do pracy czy szkoły. Używam go, gdy chcę subtelnie wymodelować twarz, co ostatnio wolę bardziej od ostrzejszego konturowania.


Tonik różany Evree to coś co powinna posiadać każda z was ze skórą wrażliwą. Świetne opakowanie ze spryskiwaczem pozwala na równomierne osiadanie produktu na twarzy. Co więcej tonik ten może być używany przed makijażem - jako baza, jak i po skończeniu - jako fixer zdejmujący efekt pudrowy z twarzy. 3 produkty w jednym? Ja jestem na tak!







Koniecznie dajcie znać jacy są wasi ulubieńcy tego miesiąca.






Niedawno postanowiłam kupić sobie, dla użytku własnego, zestaw do hybryd. Mój starter składał się z bazy (hard base), trzech kolorów (ramla bay, evening walk, nerine lilly) oraz topu (hard top). W zestawie znajdował się jeszcze nail cleaner oraz uv gel polish remover, czyli w skrócie aceton. Znalazły się tam również: patyczki oraz waciki bezpyłowe.
Dokupiłam do tego lampę uv 36v z Sunny nails, ale bardzo szybko przerzuciłam się na lampę led/uv 9v z Semilaca.





Po pierwszym rozpakowaniu, tym czym najbardziej mnie ciekawiło, był zapach lakierów. Oczywiście, zaraz po zaciągnięciu się zapachem, odrzuciło mnie. Już na początku wiedziałam, że lakiery hybrydowe i standardowe nie różnią się zbytnio zapachem, choć woń tych drugich szybciej i łatwiej rozprzestrzenia się po pomieszczeniu, w którym się znajdujemy.

Moje pierwsze malowanie paznokci było (łagodnie mówiąc) masakryczne. Skórki pozalewane, nierówno nałożony lakier. Aż wstyd pokazywać. Jednak po paru razach doszłam do lekkiej wprawy i teraz moje paznokcie wyglądają w miarę dobrze. Staram się nie zalewać skórek, a jeśli coś takiego mi się przydarzy, szybko pozbywam się nadmiaru lakieru zwykłym drewnianym patyczkiem do manicure'u.


Jeśli wszystko dobrze pójdzie, już wkrótce pojawią się nowe wpisy paznokciowe, dotyczące właśnie lakierów.

Czy polecam lakiery hybrydowe? Tak, tak i jeszcze raz tak! Trzyma się dłużej niż zwykłe lakiery i jest zdecydowanie szybsze niż zwykłe nakładanie (skraca się czas oczekiwania na wyschnięcie lakieru).

A wy co myślicie o lakierach hybrydowych?

Wszędzie możemy zaobserwować jakieś zmiany. Mój blog przeszedł ich ostatnio sporo. A nawet nie sporo, a gwałtownie zmienił swój kierunek.
Przez ostatni czas zastanawiałam się nad sensem mojego bloga. Doszłam do przykrego wniosku, że jak większość blogerów, robię ze swojego bloga swego rodzaju "misz masz". Chcę łączyć wszystko w jednym miejscu, a tak się po prostu nie da.
Pisałam trochę o urodzie, trochę lifestyle'u, trochę tematyki blogerskiej, a w mojej małej główce rozwija się pomysł by zrobić serię szkolną.  No błagam... Samej sobie jest mi teraz żal.
I tak jak zaczęłam wcześniej wszystko od nowa, tak teraz było mi zwyczajnie szkoda was zostawiać, zostawiać to wszystko, co do tej pory osiągnęłam.
Co więc zrobiłam? Porzuciłam starą nazwę. Już nie ma Jane Doe, nie ma JanedLife. Nie ma starego szablonu, nie ma tamtego bałaganu.
Chcę was oficjalnie przywitać na stronie Book Jeden Wie, moim blogu recenzenckim. Koniec z wymyślonymi nazwami. Jestem po prostu Justyna. Koniec z lifestylem, koniec z modą. Może jedynie od czasu do czasu pojawić się luźny lifestyle, ale zabarwiony tematyką literacką.

Koniec, koniec, KONIEC!


Nie powrócę do dawnego zamętu. dla jednych jest tematyka blogerska. Oni znają się na grafice i kodach html oraz css. Dla innych fotografia, bo nie jest dla nich zagadką sposób działania aparatów i edytorów. Dla innych moda i najnowsze nowinki, bo kto jak nie oni, najlepiej dobierze outfit do wybranego wydarzenia. Inni zajmują się kosmetykami, bo zatrważająco dużo malują i nie boją się pisać swoich opinii o użytych produktach.
A dla mnie jest tematyka literatury. Dlaczego? Bo od dawna pasjonuje się książkami, kocham kupować oraz (oczywiście) czytać i dzielić się swoją opinią o danym dziele.
Książki były ze mną od dawna. Cieszę się, kiedy przybywa mi nowy ulubieniec, cieszę się, kiedy w moje ręce wpada nieznane mi dzieło, cieszę się, że mogę się tym wszystkim z wami dzielić.


I tak zakończę ten wpis. Nie będę was męczyć dłużej moimi przemyśleniami. Możecie uznać tego posta, jako ostatni wpis typowo lifestyle'owy.


Do zobaczenia w moim "pierwszym" wpisie.


Witajcie, witajcie. Dzisiaj dużo zdjęć. Pierwszy raz chyba na moim blogu. Chcę się z wami tym razem podzielić moimi nowościami z Makeup revolution i ogólnymi wrażeniami.





Na pierwszy ogień idzie paleta bronzerów i rozświetlaczy. Dobra pigmentacja miło mnie zaskoczyła. Próbując pudrów na mojej twarzy zauważyłam, że przeważają kolory ciepłe, co nie do końca sprawdza się u takiego bladziucha jak ja. Dla pań z ciepłą karnacją będzie znakomity. Wpadłam jednak na inny pomysł. Chwyciłam pędzelki i okazało się, że paletka świetnie sprawdza się do makijażu oka! Wyszedł piękny złoty look. I rzeczywiście w paletce znajdują się kolory zarówno matowe, jak i błyszczące.


Następna w kolejce jest paleta cieni do powiek Flawless 2. Długo zastanawiałam się nad kupnem tej paletki, ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Kolory mają średnią pigmentacje, za to czarny mnie pozytywnie zaskoczył (przez nieuwagę zrobiłam sobie nim sporą plamę...). Chętnie "wyskrobałabym" go do paletki magnetycznej, gdyby nie fakt, że kocham gotowe palety cieni. Mimo to paletki używam do subtelniejszych makijaży.






Ostatni już produkt. Niestety - niewypał. Korektor do niedoskonałości. Ciężki, a przy tym mało kryjący i strasznie tępy. Użyłam parę razy i na tym nasza przygoda się zakończyła. Jedyny plus to kolor, który pasuje do odcienia mojej skóry.


A wy polecacie produkty tej marki?







Teraz chyba najprzyjemniejsza część tego wpisu. Przyszedł czas na ogłoszenie wyników mojego konkursu. Otóż z pośród wielu waszych odpowiedzi wybrałam tę, która była (moim zdaniem) najlepsza.


Otóż, drodzy czytelnicy... Zwycięzcą pierwszego konkursu na moim blogu została... SWIATURODY!



Na kontakt z adresem do wysyki pod email'em janedoe7590@gmail.com czekam cztery dni. Po tym czasie wybiorę innego zwycięzce.

Wszystkim bardzo dziękuję za udział i zapraszam do innych konkursów, które zapewne niebawem zorganizuję.


Wreszcie nadszedł ten czas... 
Po wielu namysłach i planowaniu, w końcu mogę ogłosić pierwszy na moim blogu konkurs. Długo zastanawiałam się czego może dotyczyć dany konkurs, jakie pytanie, jakie nagrody.
Z pomocą przyszłam sobie sama (to prawda, chociaż dziwnie to brzmi). Otóż, zamierzałam zrobić zakupy online i podczas wybierania kosmetyków, które chciałabym przetestować postanowiłam od razu kupić coś dla was na konkurs. No cóż... I tak wyszło, że przez moją nieuwagę, kupiłam dwa takie same produkty. 
Stwierdziłam jednak, że nie będę oddawać i mieszać tych produktów. Po prostu jeden wam oddam.


A więc przejdźmy do tej nagrody, bo to chyba to jest najciekawsze.
1.Nagrodą główną w konkursie jest bronzer firmy Bourjois Delice de Poudre nr 52. Kolor ten jest ciemniejszy od numerku 51 (logika), ale wydaje mi się, że nie jednej z was będzie pasował. Ma fajne kartonowe pudełeczko z czymś co po prostu kocham (magnes).

2.Ponadto, jeśli w konkursie weźmie udział więcej niż 25 osób, wybiorę jedną odpowiedź - wyróżnienie, za które można dostać skromny upominek (również kosmetyczny). P.S. Możecie liczyć na coś z Bourjois. Jakoś mam ostatnio zaufanie do tej marki.

No właśnie... odpowiedź. Bo wiecie, ja lubię komplikować różne sprawy, więc nie mogłam zorganizować zwykłego rozdania. Oto warunki:

1. Publiczne obserwowanie mojego bloga (pasek boczny)
2. Odpowiedź na pytanie: Jaki jest twój ulubiony kosmetyk i dlaczego? (chodzi o konkretną markę)


Powodzenia!




I jak zawsze regulamin:
1. Organizatorem oraz sponsorem konkursu jest blog janedlife.blogspot.com 
2. Biorąc udział w konkursie Uczestnik akceptuje regulamin konkursu.
3. Czas trwania konkursu: od 16.07.2017  do 26.07.2017 godz. 23:59.
4. Zasady wyłonienia zwycięzcy konkursu:
4.1 Wyboru zwycięzców konkursu dokona Organizator.
4.2 Podstawą wyboru będzie podanie przez Uczestnika kreatywnej odpowiedzi oraz obserwacja bloga organiatora.
4.4 Wyniki konkursu zostaną ogłoszone na na blogu organizatora najpóźniej 2 dni po zakończeniu konkursu. Zwycięzcy konkursu zostaną ogłoszeni przez Organizatora na stronie http://janedlife.blogspot.com.
4,5. Na skontaktowanie się z organizatorem w sprawie wysyłki, uczestnik ma 4 dni od ogłoszenia wyników. (email: janedoe7590@gmail.com)
4.6. W razie braku odzewu organizator zastrzega sobie prawo do wyłonienia innego zwycięzcy.
5.  Nagrody:
5.1 Nagrodami w konkursie są nagrody rzeczowe: Bronzer Bourjois Delice de poudre nr 52
5.2  Nagrody będą wysłane do zwycięzców nie później niż na dwa tygodnie po zakończeniu konkursu.
6.  Inne postanowienia
6.1  Regulamin konkursu jest dostępny na stronie internetowej http://janedlife.blogspot.com
6.2 Organizator zastrzega sobie prawo do zmiany Regulaminu.
6.3 Organizator nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne zagubienia paczek wysyłanych poprzez pocztę polską.
6.6 Konkurs nie jest grą losową w rozumieniu ustawy z dnia 19.11.2009 r. o grach hazardowych.


Kolejny wpis z serii Ocena Bloga. Przypominam, że do oceny możecie zgłaszać się >>TUTAJ<<


W dzisiejszym poście będę oceniać bloga ZuzkaPisze. Nie będę przedłużać, rozbić żadnych wstępów, tylko od razu biorę się za ocenianie.

Wygląd:

Coś co bardzo przypadło mi do gustu - szeroka kolumna główna. Oczywiście to tylko moje zdanie, bo ktoś inny możliwe, że wolałby węższą. Mi jednak odpowiada i cieszę się, że autorka postawiła na taki szablon. Nagłówek też bardzo fajny. Jednak uwiera mnie jedna, jedyna, maleńka rzecz. Otóż ten znak wodny na okularach w roku strony. Poza tym - jest ekstra.


Treść:

Podoba mi się, że tytułowa Zuzka pisze na luzie, swobodnie. Nie jest sztywno, informacje, których potrzebuje czytelnik są zawarte w poście, jak i krótka opinia i podsumowanie. Do treści przyczepić się nie mogę.


Zdjęcia:

Kolejny plus za ilość zdjęć we wpisie. Gdy jest recenzowany jakiś produkt, czytelnik może zobaczyć go z każdej strony i ocenić czy i jemu się podoba. Jakość zdjęć jest ok. 


Gadżety:

Coś co od razu mnie ukuło w oczy - reklama na szczycie paska bocznego. Za to mały minus. Poza tym jest dobrze. Menu pozwala sprawnie poruszać się na blogu, a informacji o autorze dostarcza pasek boczny.


Ogólne wrażenie:

Przyczepiać się za bardzo nie miałam do czego. Każdy jednak ma inny gust, więc coś co dla mnie było wadą, dla kogoś innego może być zaletą, dlatego daje mocne:


9/10


Przed przeczytaniem tego wpisu radzimy uzbroić się w dużą dawkę cierpliwości i dystansu. Rozdział pisany pod wpływem dziwnej fazy umysłowej autorki. Za wszelkie niedogodności najmocniej przepraszamy.




Ludziowie kochani! To już kolejny miesiąc blogowania za nami. A raczej za mną, ale kto by się w szczegóły zgłębiał...
A co pojawia się raz w miesiącu? Blogowe narzekanie oczywiście. Tak jak w diecie jest tzw. free day, tak w blogowaniu moja seria pozwala mi (w końcu) ponarzekać na wszystko dookoła.

Zapodaje wam linki do wcześniejszych części:  część 1     część 2

Nikt nie lubi początkowego pisania w zasadzie o wszystkim i o niczym, dlatego bez dalszych wstępów zapraszam do pierwszej irytacji:


1. Reklamowanie się na czyimś blogu

Bardzo nieładnie, naprawdę. Miałam ostatnio z tym do czynienia i w dodatku na własnym blogasku. Do końca nie rozumiem, czym kierowała się autorka tej reklamy. Ja, gdybym już miała coś takiego robić, to robiłabym to raczej na bardziej popularnych blogach. Mój "maluczki" dużo jej nie dał. Niestety (dla niej) komentarz przechwyciłam i już nie zaśmieca mojego bloga.


2. Współpraca, współpraca współpraca...

Dużo jest w sieci blogów, które współpracują z firmami. I nie ma w tym nic złego, serio. Ale jak widzę posty typu: "Ispiracje Zaful", "Haul Zaful", "Stylizacje Zaful" i tak w kółko raz po raz, gdzie pełno linków i żadnej treści to kaman gerl... coś jest nie tak.



I jak zawsze na koniec pytanie: "Co was ostatnio zirytowało w blogosferze?"



Jakże człowiek może być niecierpliwy. Cóż się dziwić - w końcu to ja. Jak powtarzają moi znajomi, ze mną wszystko jest możliwe.Tak też było i tym razem. Na blogu Stan: Zaczytany znalazłam zakładkę "Dla Blogerów". Weszłam, i co? Propozycje książek do zrecenzowania. Jednak powątpiewając w sukces (tak wiem... ja zła, niewierząca) nie zgłosiłam się. Znalazłam jednak pozycję "Ostatni Oddech" Aleksandry Szoć, która jest też publikowana na portalu Wattpad (dla niewiedzących o co chodzi odsyłam TUTAJ). Pomyślałam, że warto byłoby przeczytać książkę na portalu, no bo po co miałabym się wychylać... Jednak moja cierpliwość postanowiła sobie ze mnie zażartować i już po dwóch dniach pisałam do Aleksandry email'a. Co z tego wyszło...? Recenzja.




Posiłkuję się grafiką z bloga Stan: Zaczytany


Teraz przyszedł czas na opis:

,,Byłam. Jestem. I będę. Nawet jeśli na zawsze zamknę oczy. Nawet jeśli wydam ostatni oddech, pozbawiając się resztek duszy. Duszy, która należy do moich bliskich. A przede wszystkim do niego...
Saphira Wester to samotna kobieta, uciekająca w tajemniczy świat nocnego klubu Dark Flowers. Chowając się za maskami przybiera twarz całkowicie innej kobiety. Staje się wolna i pozbawiona zahamowań…
Na co dzień jest masażystką w małym salonie JackBody. Odizolowana od społeczności stara się nie dopuszczać do swojego życia innych osób. Ten mur ochronny rujnuje Castiel, który za wszelką cenę pragnie otworzyć drzwi do jej serca. Nowo poznany mężczyzna pomaga jej ściągnąć maski, o których nawet nie miała pojęcia.
Love story? Zapomnijcie. Wchodzicie do życia Saphiry, gdzie anioł i demon przybiera tę samą twarz. Bajka kończy się w momencie, w którym się zaczyna.”


Ilość stron: 261 (zwróćcie uwagę na fakt, że książka w formacie A4)


Zanim zacznę, muszę to napisać: "Dlaczego...? To zakończenie łamie mi serce, droga autorko..."


Recenzja:

Na początku poznajemy Saphirę, młodą kobietę, która pracuje w małym salonie masażu. Wydaje się zwykłą, niczym nie wyróżniającą się z pośród tłumu osobą (pomijając oczywiście miłość do swojego zawodu). A tu nagle wielkie Bum! Nasza bohaterka nie jest tak do końca słit gerl. Zostajemy wprowadzeni w tajemniczy świat Dark Flowers...
Spotykamy tajemniczego mężczyznę i aż chce się go więcej. No bo kto nie lubi tajemniczych typków...? Od razu przychodzi nam do głowy myśl: "To jest nasz Castiel!".
Potem spotykamy jednak owego bohatera. I cóż się okazuje? Nasz Pan Tajemniczy i Castiel nie mają ze sobą nic wspólnego (oczywiście oprócz tego, że obaj są diaaaabelnie przystojni). I tutaj następuje jednocześnie rozczarowanie, że on to nie on (jeśli ma to jakiś sens) i jednocześnie zaciekawienie, dlaczego wątek Pana Tajemniczego w ogóle zaistniał skoro nie jest on przeznaczonym naszej Saphiry.
Potem znowu Bum! Trahhhh... Ale pisać o tym nie będę (pssssstttt.... spoilerom mówimy: "Nie!"). Wspomnę jednak, że zakończenie powala. Mnie osobiście stanęły łzy w oczach.

Wrażenia:

Czytając książkę na początku, nie byłam jakoś szczególnie podekscytowana. Potem jednak powoli wkręciłam się w akcję. Czytałam, czytałam i przeczytałam w jeden dzień. Co do zakończenia: rzeczywiście łamie mi serce.
Są cztery rezultaty jakie wywiera na mnie zakończenie w książkach:
1. Żadne ("Gwiazd naszych wina" - śmiałam się, jak ykhy... ykhy... zmarł(a)... Czy to ja jestem dziwna?)
2. Łzy w oczach ("love, rosie" - polecam!  i teraz "Ostatni oddech")
3. Kompletna rozklejka ("Zanim się pojawiłeś")
4. Niepogodzenie się z zakończeniem ("Imperium burz" - pssst "chamska reklama": niedługo recenzja)

Tryb filozoficznej Jane: Czy to znaczy, że ta książka jest dobra niczym "love, rosie"...?

Więc jak mam ocenić zakończenie? Na pewno zaskakujące. Nie spodziewałam się, że opowieść tak mnie wkręci. Przez całą akcję przewija się tyle niespodziewanych wątków... Aż chce się o nich opowiedzieć... Niestety nie ja jestem od streszczeń.
Mogę was tylko zachęcić do przeczytania i oceny samemu. Na pewno nie pożałujecie!

Książka dostępna na portalu Wattpad! - >>TUTAJ<<


PS

Autorko... to zakończenie łamie mi serce.





Każdy z nas ma jakieś dziwne upodobania. Moje może się innym zdawać dziwne. Niektórzy powiedzą, że to całkiem normalne. Będą nawet potrafili to wyjaśnić.
Dla tych, którzy tego nie pojmują,  postaram się obrać to w słowa...

Zawsze, gdy odwiedzam nieznanego mi wcześniej bloga czytam jego ostatni wpis. Dziwne? Ani trochę. Potem jednak cofam się, niekiedy hen daleko w latach i zagłębiam się w pierwszy post jaki powstał na blogu. Dziwne? Trochę.
Zaczynam analizować postęp autora. Dziwne, ale nie dołuje mnie sukces innej osoby, wiedząc, że np.: ktoś w krótkim czasie dobił 400 obserwatorów, kiedy ja mam około 15. Lubię patrzeć jak ktoś poprzez prowadzenie bloga rozwija swoje pasje i robi to coraz lepiej, i lepiej, i lepiej...

Dodaje mi to jako takiego optymizmu. Bo przecież nasza podświadomość niekiedy wykonuje za nas 50% pracy. Więc mówię sobie, że ja też tak potrafię. I niech moja podświadomość sobie zakoduje: "Ja też mogę to zrobić!".

I niech wasza podświadomość sobie to zakoduje. Bo co zrobili inni - wy też możecie.

Bo jak nie my to kto...?



Zaczynamy kolejną recenzję bloga. Przypominam, że jeśli chcesz zgłosić swojego bloga do oceny, możesz to zrobić TUTAJ.
Tym razem jest to blog: Dziewczyna Anioł. Zacznijmy więc.

Autorka bloga pisze:
Jestem (nie)zwykłą dziewczyną. Każdego dnia odkrywam przyjemność z pisania oraz fotografowania. Dlatego mój blog jest uduchowiony oraz prawdziwy, a przede wszystkim szczery. Inspiruje mnie życie oraz relacje międzyludzkie, ponieważ mam cały czas otwarty umysł i uważnie obserwuje to, co dzieje się na świecie. Od zawsze uwielbiałam pisać oraz czytać, jak byłam dzieckiem, pisałam listy do brata najpierw w notesie, a potem na komputerze. W szkole uwielbiałam opisywać swoje wspomnienia z wakacji, jak pojechaliśmy na wycieczkę szkolną, wtedy opisywałam bardzo dokładnie, wręcz nawet ze szczegółami co robiliśmy w danym dniu. Kiedyś miałam nawet bloga z własnymi opowiadaniami, a moim największym marzeniem jest napisanie książki. Najważniejsze dla mnie z tego wszystkiego jest to, że posiadam własną, najukochańszą pasję.

Powiem tak. A raczej napiszę. Opis naprawdę fajny, jednak nie dotyczy tak naprawdę bloga, a samej autorki. Jednak potrafił mnie zaciekawić, a to jest plus. Zacznijmy jednak oceniać zgodnie z regulaminem. A więc...

WYGLĄD

Wygląd nie powala na kolana i tu zgodzą się chyba wszyscy. Standardowy szablon z Bloggera, więc nie mam się nad czymś rozwodzić.
Mogę polecić jedynie Pani strony z darmowymi szablonami, jeśli chciałby Pani skorzystać.

TREŚĆ

Przeczytałam dwa wpisy. Jeden nie miał dla mnie sensu. No okeeeeej. Jakiś miał. Jednak podczas jego czytania nie czułam potrzeby, aby dowiedzieć się więcej. Drugi natomiast wywarł na mnie jakieś wrażenie. Od razu skojarzyłam ten tekst z ostatnią aferą, gdzie koleżanki pobiły gimnazjalistkę. Zastanawiałam się czy będzie jakaś wzmianka o inspiracji do tego wpisu. Niestety nic takiego nie znalazłam. Ogólnie we wpisach zamieszczone są suche fakty, prawdy powszechne, które wszyscy znamy.
Może jakiś morał na koniec?

ZDJĘCIA

Zdjęcia są naprawdę fajne. Nie mogę się przyczepić do ich jakości. Nie bardzo jednak rozumiem powiązania ich z postem. No bo, gdy jest zdjęcie kwiatów, a piszemy o agresji, to czy ma to ze sobą związek? To trochę tak jak robią niektóre blogerki. Piszą parę zdań o tym, jak nie lubią świata albo o ulubionych piosenkach, a potem wstawiają kilkanaście swoich zdjęć. I po co?

GADŻETY 

I tu pojawia się problem. Jak można zobaczyć na screen'ie powyżej na przeglądarce Chrome nie wyświetlają się gadżety. Jednak aby móc ocenić tę kategorię zmieniłam przeglądarkę na Internet Explorer (ach ta zaawansowana technologia...).  Tutaj gadżety są, niestety mało widoczne. Są informacje o autorze, niestety brak imienia autorki. Nie ma opisu bloga. Są za to ikony mediów społecznościowych. Warto byłoby też dodać Archiwum, aby ułatwić poruszanie się czytelnika na blogu.

OGÓLNE WRAŻENIE

Blog graficznie nie zachwyca, jednak treść jako taka jest. Oczywiste jest, że nie trafi ona do wszystkich, bo nie każdy lubi czytać tego typu blogi. Popracowałabym jeszcze nad design'em, bo przede wszystkim to on, zachęca czytelników do pozostania na naszej stronie.



4/10


Hej, witajcie. Mogłabym napisać o tych żądnych krwi kobietach, które o każdej porze dnia koczowały przy stoiskach z kosmetykami. Mogłabym wspomnieć o pustych pułkach, gdzie jedynie co się znajdowało to warstewka kurzu. Mogłabym wspomnieć o cenach podstawowych, które w ramach promocji poszły w górę.
Nie napiszę o tym.
.
.
.
.
.
Przecież każda z was wie o sytuacji zaistniałej podczas promocji. Nie muszę was informować o tym, że zostałam prawie staranowana przez starszą panią i nie doczekawszy się przeprosin, a nawet spojrzenia w moją stronę, poszłam tam, gdzie nie było nikogo - do półki z pomadkami ochronnymi.



Kupiłam jeden produkt. Mianowicie Eos Strawberry Sorbet. Od dawna polowałam na tę kulkę, a skoro było -49% to pomyślałam: "Czemu nie?". Oczywiście mojej ukochanej mięty nie było, więc nie wybrzydzając, wybrałam różowy.

Jak się sprawdza? Na razie dobrze. Ma piękny zapach, który kojarzy mi się z mlecznymi lizakami chupa chups. Smak jest słodki, więc jeśli nikomu to nie przeszkadza, będzie idealny. O najważniejszym - działaniu produktu - nie mogę wiele napisać, bo jednak wolę go przetestować dłużej. Jednak już teraz mogę powiedzieć, że po tygodniu stosowania, kondycja moich warg uległa znacznej poprawie.





A wy co kupiłyście na promocjach?


Część z was pewnie słyszy o tej stronie po raz pierwszy. Inni znają ją już od dawna. Ja jestem na Wattpadzie już od ponad roku i pomyślałam, że fajnie byłoby podzielić się z wami opinią na temat portalu. 

Zacznijmy od tego, dla kogo jest Wattpad. Przede wszystkim dla czytelników. Dla osób, które kochają czytać (niekoniecznie popularne dzieła).  Jest to jednak fajne miejsce dla pisarzy, szczególnie początkujących, którzy nie są pewni swoich książek i pragną usłyszeć opinię innych.

Na początku nie byłam pozytywnie nastawiona do portalu. Wydawało mi się, że tam nie może być dobrych książek. Oczywiście, jak w większości przypadków - myliłam się.

Teraz na Wattpadzie spędzam prawie każdą wolną chwilę. Można tam znaleźć świetne książki dla każdego. Fajnie jest odkrywać całkiem nowe, nieznane dzieła, komentować je i głosować na swoje ulubione. Strona przy każdym logowaniu sama proponuje nam przykładowe dzieła, kierując się naszymi głosami i książkami dodanymi do naszej biblioteki.
Wattpad można ściągnąć na telefon w Sklepie Play, jest to świetne rozwiązanie, gdy nie jesteśmy w domu.





Jak mogliście zauważyć, na moim blogu pojawiła się zakładka Ocena bloga. Jest to nowa seria, która będzie się pojawiać średnio raz na miesiąc. O co chodzi? Moim wprawnym amatorskim okiem będę oceniać blogi zgłoszone na stronie. 
Jestem podekscytowana, że na sam początek trafił mi się blog "młodego początkującego pisarza". Sama jestem zagorzałą fanką literatury, choć jak możecie przeczytać w zakładce "O mnie i o blogu" - kryminałów unikam jak ognia. Nie zgłębiajmy się jednak w moje upodobania, bo nie o to chodzi w tym wpisie.




Najpierw trochę informacji abyście mogli dowiedzieć się więcej o blogu i jego autorze:
Adres Bloga Michała to: http://fundamenty-kulakowski.blogspot.com/
Michał Kułakowski pisze o sobie, że "po godzinach" jest lokalnym dziennikarzem oraz pisarzem - amatorem. Pochodzi z województwa podlaskiego i kocha bieganie oraz dobrą muzykę. W październiku skończył pisać swoją pierwszą powieść kryminalną (za co żywię dla niego szacunek, bo wiem, jak dużo pracy trzeba w to włożyć).  
Blog jest prowadzony od grudnia 2016 roku. 

A teraz przejdźmy do oceny bloga. Jak pisałam w regulaminie ocenie będzie podlegać: wygląd, treść, zdjęcia, gadżety i ogólne wrażenie. 

Wygląd:
Szablon sam w sobie bardzo mi się podoba. Jestem przyzwyczajona do trochę większej szerokości bloga i chyba tylko to bym zmieniła, ale to wszystko zależy od gustu. Cieszy mnie to, że łatwo się poruszać na blogu. Jasno widzimy, gdzie co jest i czytelnik nie musi tracić czasu na szukanie interesujących go rzeczy. Brakuje mi jednak jednej zakładki. Jest informacja o autorze, ale nie mogłam znaleźć informacji o blogu (jeśli jest, to proszę mnie poprawić) . Oczywiście wiem o czym jest, bo autor napisał w zgłoszeniu, ale bez tej informacji musiałabym trochę się naczytać żeby dowiedzieć się jaki blog ma cel.

Treść:
Przeczytałam dwa wpisy. Jeden z rozdziałów książki "Fundamenty" oraz recenzję filmu "Amok". Co mogę powiedzieć o samej treści? Wciąga. Zdecydowanie wciąga czytelnika. Czytając rozdział XXX nie miałam myśli: "O matulu, to jest kryminał. A fu!". Jestem pozytywnie zaskoczona, że tekst przypadł mi do gustu. 
Co do recenzji, napisałabym, że wciąga, ale nie chcę robić powtórzeń, dlatego napiszę - świetna. Bardzo fajne jest to, że po opinii autora możemy od razu obejrzeć zwiastun (co oczywiście zrobiłam). Nie przegapiłam żadnego zdania i chętnie bym przeczytała inne recenzje. 

Zdjęcia:
Zdjęć na blogu nie ma dużo, zważywszy na jego charakter. Mogę się jednak przyczepić do jednego szczegółu - właśnie w recenzji "Amoku" zdjęcie z filmu wychodzi poza kolumnę wpisu. Warto byłoby to zmienić. 

Gadżety:
Jak już wspominałam, cieszy mnie to, że poruszanie na blogu nie jest utrudnione. Dlatego gadżetów na blogu nie jest dużo, co jest plusem. Znajdziemy tu informację o autorze, formularz kontaktowy czy archiwum bloga. Totalna prostota, a prostotę kochają wszyscy.

Ogólne wrażenie:
Biorąc pod uwagę wszystkie części recenzji, ocena jest, jak najbardziej pozytywna. Dlatego z czystym sercem zapraszam wszystkich na bloga Michała Kułakowskiego. 


9,5/10




***

A jeśli ty chcesz żebym oceniła twojego bloga możesz zgłosić się >>TUTAJ<<. 

Jak już kiedyś wspominałam tajemnicą (którą wszyscy znają) dobrego bloga są równie dobre zdjęcia. Czytelnik chętniej zabiera się za czytanie wpisu blogowego, który jest oprawiony również w ciekawą grafikę. Nie wszyscy jednak mają potrzebny sprzęt do robienia dobrych zdjęć. Są na to sposoby, jak na przykład strony z darmowymi zdjęciami, o których pisałam >>TUTAJ<<.
Przyznam, że sama nie posiadam super-ekstra-wypasionego aparatu. Jeśli jednak robię już zdjęcia staram się je odpowiednio obrobić. Tym oto tematem zajmiemy się w dzisiejszym wpisie. 


Chcę wam przedstawić przykładowe "przed" i "po" w moim wykonaniu. Teraz zadajcie sobie pytanie: "Które zdjęcie bardziej was zachęca/przyciąga?" 

Moja skromna osoba :D

Nie jestem jakąś wybitną jednostką w fotografowaniu. Ba, ja nawet nie jestem na średnim poziomie. Jednak wydaje mi się, że po drobnej obróbce zdjęcia mogą przyciągać ludzki wzrok. 

Trzeba pamiętać żeby nie wstawiać zdjęć robionych "na odwal" szczególnie telefonem. Tak jak zdjęcia przyciągają czytelników, tak łatwo mogą ich zniechęcić.






Ostatnio opublikowałam wpis "Co zdążyło mnie zirytować w blogowaniu...?", który przyjął się bardzo dobrze wśród czytelników. Jako, że minął kolejny miesiąc mojej przygody w blogspocie, postanowiłam stworzyć kolejną część moich żali i narzekań.




Po wielu nieudanych próbach wreszcie nadeszła ta chwila. Oto dzisiaj chciałabym wam zaprezentować szablon, który ostatnio wykonałam. Może nie jest on strasznie "odpicowany", ale jestem dumna z mojego pierwszego razu.

Witam wszystkich. Strasznie jestem podekscytowana tym, że blog się rozwija, a wy jesteście na nim aktywni. Moje serducho raduje się coraz bardziej z każdym kolejnym komentarzem. Dzisiaj wpis mili-troszeczkę inny, ponieważ chcę wam przedstawić projekt, który stworzyłam razem z trójką wspaniałych dziewczyn.
Istotną rolę w blogowaniu odgrywa grafika. Naszemu czytelnikowi najpierw rzuca się w oczy dobra grafika i ogólny wygląd naszego bloga. Co więc zrobić, gdy nie mamy dobrego aparatu?

Oczywiście wiele osób może powiedzieć, że przecież jest Google Grafika. Rzeczywiście, jest to łatwy sposób na szybkie pozyskanie grafiki, lecz należy się liczyć z konsekwencjami. KOPIOWANIE CUDZEJ PRACY JEST KARALNE!

Co więc zrobić w takiej sytuacji? Pomogą nam w tym tzw. banki zdjęć. Jest to magazyn zdjęć, których możemy używać bezpłatnie do celów komercyjnych jak i prywatnych. Oczywiście, nie wszystkie banki zdjęć nam to proponują, ale wybrałam takie, które proponują nam zdjęcia CC0.

Szablon to wizytówka naszego bloga. Niewiele jest osób, które nie zgodziłyby się z tym się z tym stwierdzeniem. Co więc zrobić. Oto kilka dróg:

1. Wybierz jeden z dostępnych szablonów na blogspocie.

Ostatnio blogspot nazywa to inaczej. Otóż "motyw" można wybrać spośród wielu, a dodatkowo jest możliwość jego dostosowania do swoich wymagań. Jednak wiele jest osób kreatywnych, bądź ambitnych i to im nie wystarcza. Te osoby muszą, więc przeczytać dalszą część wpisu.

2. Zrób to sam!

Czy jest pośród was grafik? Jeśli tak to świetnie. Zrobienie lub edycja szablonu może wydać ci się niezwykle łatwa, ale dla innych to nie lada wyzwanie...

Witajcie moi drodzy. Ostatnio coś mnie natchnęło na tematy typowo thinkstyle. Co wy na to? Może będzie troszku filozoficznie (np.: po co żyjemy? dlaczego świat jest taki, a nie inny?), ale mam nadzieję, że przetrwacie ten czas moich straszliwych przypływów weny.
Ostatnio czas biegnie mi strasznie szybko. Niby zegarki nie przyśpieszają, a dzień nie robi się coraz krótszy. Czy to dlatego, że jestem coraz starsza? Ostatnio nawet nie mam czasu siąść na chwilę z książką aby na spokojnie poczytać chociaż kilka rozdziałów. Zamiast tego muszę ciągle gonić, i gonić, i gonić, i gonić... A kiedy już kończę, okazuje się, że dzień ma się już ku końcowi.



Hejka, dzisiaj trochę inaczej, bo urodowo.

Przy okazji chciałabym wam bardzo podziękować za komentarze pod poprzednim postem. To bardzo motywujące, a zobaczywszy je prawie się popłakałam. Jeszcze raz, thank you sooooo much.

Następny wpis
Poprzedni wpis

Hello, there!

Hello, There!

Obserwuj mnie

Obserwatorzy

Ostatnie wpisy

Archiwum

  • ►  2022 (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2021 (5)
    • ►  października (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2020 (35)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (2)
    • ►  października (3)
    • ►  września (6)
    • ►  sierpnia (3)
    • ►  lipca (3)
    • ►  czerwca (4)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (6)
    • ►  marca (2)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2019 (14)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  lipca (3)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2018 (8)
    • ►  lipca (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (1)
    • ►  lutego (2)
    • ►  stycznia (1)
  • ▼  2017 (31)
    • ▼  grudnia (2)
      • Thermo color, czyli dwa kolory w jednym
      • Wyzwanie 7 dni Garnier Czysta Skóra
    • ►  listopada (2)
      • Kontigo vs. Minti Shop vs. KosmetykizAmeryki
      • Nowe pomadki marki Moov
    • ►  października (1)
      • Jak kupować, by nie zwariować?
    • ►  września (1)
      • Ulubieńcy sierpnia
    • ►  sierpnia (2)
      • Wszystko o moich hybrydach
      • Nowy post, szablon, adres... tematyka!
    • ►  lipca (3)
      • (Moje)Nowości MakeUp Revolution + wyniki konkursu!
      • Pierwszy konkurs na blogu
      • Ocena bloga - ZuzkaPisze
    • ►  czerwca (3)
      • Irytacji blogowej ciąg dalszy (cz.3)
      • Życie to tylko początek śmierci
      • Poznaj mój mały, dziwny zwyczaj...
    • ►  maja (3)
      • Ocena bloga - Anielski Blog
      • Na promocjach kupiłam tylko jeden produkt?
      • Wattpad, co to takiego?
    • ►  kwietnia (3)
      • Ocena bloga - Fundamenty Michał Kułakowski
      • Magia (dobrych) zdjęć...?
      • Co mnie irytuje w blogowaniu? Cz. 2
    • ►  marca (7)
      • Szablon dla blogera - Justine
      • Le_tout, czyli wszystko
      • Darmowe zdjęcia na bloga
      • Darmowe szablony na blogspot
      • To jest tytuł Lifestyle...
      • Recenzja Bell- Pocket 2 skin
    • ►  lutego (4)

Wydawnictwa

  • burda Książki
  • dom wydawniczy rebis
  • wydawnictwo albatros
  • wydawnictwo dwie siostry
  • wydawnictwo editio
  • wydawnictwo editiored
  • wydawnictwo filia
  • wydawnictwo iuvi
  • wydawnictwo jaguar
  • wydawnictwo kobiece
  • wydawnictwo muza
  • wydawnictwo otwarte
  • wydawnictwo papierowy księżyc
  • wydawnictwo sqn
  • wydawnictwo uroboros
  • wydawnictwo wab
  • wydawnictwo wielka litera
  • wydawnictwo zysk i s-ka
Obserwuj @BOOKJEDENWIE

Created with by BeautyTemplates